A może tym razem się uda…

Cześć!!!! Ciekawe czy ktoś jeszcze o mnie pamięta… ja sama na długo zapomniałam o tym blogu…ale też dużo się działo…

Przede wszystkim zakończył się okres beztroskiego lenistwa na urlopie macierzyńskim… czas szybko mija, i tak Młodszy skończył rok, a ja musiałam wrócić do pracy. A że nie bardzo było do czego wracać, więc przyjęłam propozycję nowej 🙂

I tak zrobiłam duży krok w swoim rozwoju zawodowym, a tym samym z każdym miesiącem rośnie moje zadowolenie z nowego życia.

Nie nadaję się na siedzenie w domu… gdy mam za dużo czasu, po prostu cudownie go marnuję. Znacie to? Ja – leń z natury tak niestety mam. Tylko intensywne życie powoduje, że gdy wracam z pracy do domu w rozpędzie jestem w stanie ogarnąć większość obowiązków domowych, a jeszcze dla Dzieciaków mam czas…i na Zumbę…i na książkę… Więc naprawdę polecam 😉

Tak więc postanowiłam spróbować wrócić do pisania o tym co fajnego dzieje się w moim życiu. Może tym razem się uda być w tym trochę bardziej systematyczną.

A tymczasem uciekam do kuchni…gdyż właśnie szykuję się do innego wyzwania….mam silną potrzebę zmniejszenia się….i tu również mam nadzieję, że tym razem się uda… zaciśniecie kciuki??

Powoli, ale skutecznie…

Dawno o tym nie wspominałam, ale temat walki z kilogramami nadal jest u mnie aktualny.

Różnie bywa. „Silna wola” to coś, co bardzo chciałabym mieć w sobie na zawsze… niestety mam jej bardzo mało, więc wykorzystuję maksymalnie, gdy tylko się pojawia 😉

Na swej drodze do wymarzonej figury mam bardzo dużo przeszkód… są to czasem gigantyczne kłody, takie jak  Święta, czy inne uroczystości rodzinne, gdy po prostu nie umiem, nie chcę, nie mam potrzeby sobie odmawiać czegokolwiek. I gdybym grzeszyła tylko w te pojedyncze dni, to pewnie nie byłoby problemu, ale niestety raz poluźniona dieta bardzo mozolnie wraca na właściwe tory…

Na szczęście od przeszło tygodnia jestem właśnie na dobrej drodze 🙂 Moją największą zmorą w ubiegłym tygodniu były słodycze, na szczęście w tym tygodniu jest mi już zdecydowanie łatwiej. Na tą chwilę pozwalam sobie na jakieś drobne słodkości, gdyż przekonałam się już, że mi osobiście jest zdecydowanie łatwiej w ten sposób. Wiem, że niektórym się to nie udaje, ale ja akurat umiem zjeść jedno okienko czekolady, byleby przestać o niej myśleć cały dzień…i to mi zaczyna wystarczać… a dziś np właśnie sobie uświadomiłam, że nie zjadłam kompletnie nic słodkiego 🙂

W tej ciężkiej dla mnie walce gigantyczne wsparcie znalazłam we wspomnianym już wcześniej blogu: http://qchenne-inspiracje.blogspot.com

Jeśli ktoś lubi jeść tak jak ja, lubi szaleć w kuchni, ale chce jeść zdrowe, lekkie i przede wszystkim PRZEPYSZNE posiłki, to naprawdę polecam tą stronę…

Mój no 1 w tym tygodniu to pesto.

Od kilku dni nie ma u mnie śniadania bez tego dodatku…DSC_0698

Następnym razem planuję trochę eksperymentować i użyć w tym przepisie zielonej pietruszki…

 

A tymczasem trochę się poużalam, gdyż niestety znów jestem chora, przez co musiałam zrezygnować z dzisiejszej zumby, a i na jutrzejszą nie zanosi się, żebym mogła iść… ech te kłody… zawsze coś…

 

 

 

 

Majówkowa – idealny czas na…pizzę ?

To był wybitnie leniwy długi weekend. Miał być wyjazd, miało być aktywnie, jak zawsze, ale cóż. Ani zdrowie Dzieciaków, ani pogoda nie były rewelacyjne. Tak więc zostaliśmy w domu, a w piątkowe popołudnie postanowiłam zrobić pizzę 🙂

Przepis na ciasto zaczerpnęłam od Koleżanki, okazało się, że jest to absolutny ideał. Bardzo polecam, znajdziecie go tutaj. Ciasto jest naprawdę fantastyczne, gdy dobrze wyrośnie jest bardzo elastyczne, a upieczona pizza jest cieniutka, ale chrupiąca, co pozwala jeść pizzę rękoma, bez ryzyka, że wszystko nam spadnie…

Dobra pizza, to oczywiście nie tylko ciasto…

Ja swoją posmarowałam sosem ugotowanym z:

  • puszka pomidorów krojonych bez skórki
  • kilka łyżek koncentratu pomidorowego (gęstego)
  • liść laurowy
  • oregano
  • zioła prowansalskie
  • ząbek czosnku
  • sól
  • stevia (słodzik w proszku) – pół płaskiej łyżeczki

Sos gotowałam tak długo, aż zrobił się gęsty, nie miksowałam, ale oczywiście można go zblenderować (pamiętając żeby wcześniej wyjąć liść laurowy 😉 ).

A składniki… no to już co kto lubi…u nas wyglądało to tak:

Przygotowania…

Zdjęcia do bloga

 

Pizza nr 1: sos, pieczarki, salami i ser…

Kolaże2

 

Pizza nr 2: sos, pieczarki, szynka włoska, ser oraz rukola (posypana po upieczeniu)…

Zdjęcia do bloga1

 

I na koniec kilka uwag technicznych:

  • ciasta nie trzeba smarować oliwą jeśli do jego rozciągnięcia na blasze/papierze natłuścicie porządnie oliwą dłonie
  • ciasto fajnie wyrasta w piekarniku, ja włączyłam grzanie na 50 stopni, ciasto pięknie i dość szybko wyrosło
  • pieczcie pizzę na dolnych widełkach w piekarniku, wówczas dół pizzy się dobrze upiecze, a góra nie wysuszy za mocno.

 

W tym miejscu należą się podziękowania dla Moniki, która tydzień wcześniej nauczyła mnie tego wszystkiego 🙂

Od teraz taka pizza będzie u nas na pewno częstym posiłkiem… dodam, że wcześniej robiłam pizze, ale na grubym cieście… jest również pyszna, ale taka chyba smakuje mi bardziej…

Jeszcze raz dziękuję moim Koleżankom za inspiracje 🙂

Majówka tuż tuż… a Dzieci znów chore…

Zamulam… i to strasznie… w każdej materii… czy jestem w tym sama?

Błagam, niech mi ktoś powie, że ma tak samo… nie mogę się zmotywować do działania… planów, pomysłów mam miliony… ale co z tego, jak po nocach Dzieci się budzą, bo albo jedno kaszle, albo drugie ma temperaturę, potem rano jestem zombie, pół dnia dochodzę do siebie… a w tym czasie wszystkich trzeba ubrać i nakarmić, kuchnię ogarnąć, bo bez tego nie da rady nic do jedzenia uszykować… Do tego uciekam nagminnie w internet, a dokładniej gry… I tak nastaje wieczór… i znów: przebrać, nakarmić, uśpić… potem prasowanie przy serialu… i tak dzień mi przelatuje…

Dziś dla odmiany się wyspałam i od razu widzę różnice…szybciej wstałam, podstawowe czynności ogarnęłam… i chyba zaraz zabiorę się za swoją szafę… tzn przygotuję ją na lato 😉

A jutro zaczyna się majówka… miał być wyjazd, grille itp… Ale zostajemy w domu, gdyż Dzieciaki chore… ograniczymy się tylko do spacerów w ustronne miejsca… tak więc plany mam ambitne, żeby ogarnąć kilka zakątków w naszym mieszkanku…

A tymczasem przymierzam się do podjęcia pewnego fotograficznego wyzwania

Mam nadzieję, że mi się uda…bo bardzo lubię robić zdjęcia takie jak te:

DSC_0502

 

 

 

DSC_0505

Wiosenne przesilenie?

Weszłam na bloga…i aż się przeraziłam…. AŻ TYLE DNI NIC NIE NAPISAŁAM?!?!?!

To tylko potwierdza mój stan… dziś w DDTVN mówili, że to wiosenne przesilenie… może coś w tym jest?

Od dwóch tygodni MYŚLĘ co zrobię…za chwilę, po południu, jutro, w weekend, za tydzień… i na myśleniu się kończy niestety 😦

Pomimo ogromnych chęci nie mogę się zebrać, codziennie pół dnia marnuję na niczym… W weekend planuję małe zakupowe szaleństwo…a na przyszły tydzień zaplanowałam dokładne sprzątanie każdego pomieszczenia w naszym mieszkaniu, jedno dziennie… Chciałabym, żeby to były nie tyle świąteczne, co WIOSENNE porządki… Mam nadzieję, że mi się uda zrealizować ten plan.

Muszę przyznać, że miałam ostatnio niemały, choć wydawać by się mogło, że banalny problem z wyborem spacerówki dla Młodszego… spędziłam naprawdę WIELE godzin w necie oglądając, czytając opinie, recenzje, przekopując ogłoszenia… No i w końcu UDAŁO SIĘ 🙂 Kupiliśmy wózek używany, ale w stanie idealnym, spełniający niemal wszystkie moje mniejsze i większe wymagania… Wybór padł na spacerówkę Navington Cadet… Myślę, że niebawem napiszę swoją recenzję… bo naprawdę cenię sobie opinie pisane na wielu blogach i uważam, że to najlepsze źródło informacji na ten temat.

Ale, żeby nie było, że taka na maxa leniwa jestem, to muszę powiedzieć, że jest coś, co wyciąga mnie z domu, choćbym nie wiem jak zmęczona była… a jest to ZUMBA 🙂

Chodzę na zajęcia 3 x w tygodniu… chyba mogę już powiedzieć, że się uzależniłam… ale myślę, że to wyjątkowo fajny nałóg…

 

 

 

 

 

O tym co w kuchni mieć muszę, choć tak naprawdę za tym nie przepadam…

…czyli o produktach, których używam jako przyprawy, choć wcale nimi nie są 🙂

Tak to już ze mną jest, że bardzo wybredna jestem… Mowa oczywiście o jedzeniu. Jest bardzo wiele rzeczy jakich nie jem, bo zwyczajnie ich nie lubię. Np. nie znoszę żółtego sera. I nie ma takiej możliwości, żebym zjadła z jakimkolwiek kanapkę. Jeszcze parę lat temu jedyny nabiał, jaki przyswajałam to jogurty owocowe. Odkąd jednak zaczęłam zmieniać swój sposób żywienia, udało mi się wprowadzić kilka produktów nabiałowych, które dziś jestem w stanie zjeść… Jest to np. mozzarella i serki grani.

Pomimo próbowania, smakowania, testowania nadal wiele produktów jest dla mnie wręcz nie do przełknięcia… ALE są takie produkty, które – pomimo, że same w sobie mi nie smakują – zaczęłam dodawać do potraw i w ten sposób stały się one dla mnie wręcz niezbędnymi przyprawami. Dziś opowiem Wam o moich trzech takich składnikach, które od niedawna zawsze dodaję do mojej wariacji na temat spaghetti alla bolognese 😉

Zacznę od jednego z najbardziej wyrazistych serów, którego w zasadzie się nie je na kanapkach, ale często dodaje pokrojony w przezroczyste plastry, utarty lub pokruszony do sałatek, pizzy, spaghetti… Mowa oczywiście o parmigiano reggiano, czyli po prostu PARMEZANIE.

DSC_0018

Ja osobiście nie znoszę jego zapachu i bardzo zwracam uwagę w różnych restauracjach, by mi nie posypywano nim potrawy… ale nie oznacza to, że go nie używam. Często ucieram na drobnej tarce i wsypuję do sosu podczas gotowania. W ten sposób zostaje nie tylko wzbogacony smak sosu, ale też poprawia się jego konsystencja… Innym przykładem, gdzie wręcz niezbędne jest dodanie parmezanu do sosu jest spaghetti carbonara, w którym specjalizuje się mój M 🙂

Drugim składnikiem jaki od niedawna dodaję do mojego sosu, i tu muszę podziękować Kuzynce za inspirację ( 😉 ) są OLIWKI.

DSC_0029

Do bardzo niedawna nie byłam wstanie zjeść żadnej oliwki. Ale przekonałam się, że wkrojenie kilku sztuk do sosu również fajnie podkręca smak. I zaczęłam je dodawać regularnie 🙂 Teraz robię to już niemal odruchowo… Ale też przyznam się, że dzięki jednej z Koleżanek, którą serdecznie pozdrawiam, przekonałam się, że istnieją takie oliwki, które są naprawdę smaczne…i tak o to zaczęłam jeść NIEKTÓRE oliwki… człowiek zmienia się przez całe życie…a w szczególności kobieta 😉

Na zakończenie chciałam Wam pokazać moją tajną broń… Coś, czego ja osobiście w polskich sklepach nie widziałam, ale okazuje się, że jest dostępne np. na allegro. Coś czego nikt nigdy mi nie polecał, a sama bym nie znalazła, gdyby nie wyjazd na narty do Włoch. Mowa o SUSZONYCH POMIDORACH. Nie tych w słoikach, jakie są bardzo popularne, ale takich wyglądających jak chipsy…

DSC_0568

Można je jeść jako przekąskę, ja osobiście nie przepadam za nimi, gdyż są bardzo słone i twarde…ale mają naprawdę ciekawy smak. Dlatego dodaję je do sosów i zupy pomidorowej. Czytałam też, że można samemu zrobić je po prostu w zalewie, choć osobiście jeszcze tego nie robiłam. Niemniej naprawdę polecam zaopatrzenie kuchni w takie pomidory, szczególnie pamiętajcie o nich, gdy będziecie odwiedzać Włochy, gdyż są tam dość tanie.

Czas na wiosenne przebudzenie…

Trochę mnie tu nie było… trochę się działo… miało być tak pięknie… a wyszło gorzej niż kiedykolwiek…

Mowa o… URLOPIE.

Co miało być?

Narty, relaks, szaleństwo, odprężenie, zabawy z Dzieciakami, miłe wieczory w gronie Rodziny i Przyjaciół, codziennie basen, spacery i pyszne jedzenie…

A co było?

Choroby!!!! Pierwsze miejsce – JELITÓWKA… koszmarna, przechodzona przez każdego inaczej, zakaźna przeokropnie, wykończyła znaczną większość uczestników wyjazdu; do tego Starsza gorączkowała 3 dni przed wyjazdem…i niestety nie przestała na początku naszego pobytu…do tego ja sama jechałam wyczerpana, walcząc z infekcją również dobre 3 dni przed podróżą… A żeby było jeszcze bardziej niefajnie okazało się, że jedzenie w sprawdzonym rok temu hotelu bardzo się pogorszyło, śniegu było rekordowo mało…a choroby dzieci skutecznie odbierały humor wszystkim powodując zgrzyty i nieporozumienia…

Pierwszy raz chyba wszyscy odetchnęli z ulgą w dniu wyjazdu do domu…

Ale ponieważ „…w życiu piękne są tylko chwile…” zdarzyło się mi spędzić ładnych parę godzin na stokach… w tym zaliczyłam jeden totalnie szalony BABSKI wypad na wieczorne jazdy… jeśli ktoś z Was był tydzień temu w Zieleńcu i słyszał o trzech Zwariowanych Mamuśkach pędzących po stoku w pewien wieczór….to tak, to byłam tam i JA 😉

Starsza pierwszy raz stanęła na nartach, a w ostatnie popołudnie poszliśmy jedyny raz całą Rodzinką na basen… więc było kilka radosnych momentów… a i konflikty zostały zażegnane…

Lekcja na przyszłość jest jedna – nigdy więcej nie pojedziemy chorzy na urlop…a i ważna zasada na przyszłość – wybierając hotel dobrze przeczytajcie warunki rezygnacji z rezerwacji… bo nasze były wyjątkowo niekorzystne, co było głównym czynnikiem, dla którego – pomimo nieciekawego samopoczucia – postanowiliśmy pojechać…

A co po powrocie…cóż…dalej choroby… Starsza zakończyła tydzień wizytą u laryngologa i diagnozą: zapalenie ucha…cóż… wierzę, że idzie wiosna i zacznie się mniej chorobowy czas…

A tymczasem wracam do prasowania… od powrotu nasza pralka chodziła już DWANAŚCIE razy… a jeszcze stroje narciarskie czekają w koszach… więc żelazko jest ostatnio moim najlepszym przyjacielem 😉

No i od jutra powracam do aktywności… w kuchni, porządkowaniu domu (i życia) oraz robieniu zdjęć…bo podczas urlopu miałam koszmarnego foto-lenia….a szkoda… bo bardzo chciałam potrenować…