A może tym razem się uda…

Cześć!!!! Ciekawe czy ktoś jeszcze o mnie pamięta… ja sama na długo zapomniałam o tym blogu…ale też dużo się działo…

Przede wszystkim zakończył się okres beztroskiego lenistwa na urlopie macierzyńskim… czas szybko mija, i tak Młodszy skończył rok, a ja musiałam wrócić do pracy. A że nie bardzo było do czego wracać, więc przyjęłam propozycję nowej 🙂

I tak zrobiłam duży krok w swoim rozwoju zawodowym, a tym samym z każdym miesiącem rośnie moje zadowolenie z nowego życia.

Nie nadaję się na siedzenie w domu… gdy mam za dużo czasu, po prostu cudownie go marnuję. Znacie to? Ja – leń z natury tak niestety mam. Tylko intensywne życie powoduje, że gdy wracam z pracy do domu w rozpędzie jestem w stanie ogarnąć większość obowiązków domowych, a jeszcze dla Dzieciaków mam czas…i na Zumbę…i na książkę… Więc naprawdę polecam 😉

Tak więc postanowiłam spróbować wrócić do pisania o tym co fajnego dzieje się w moim życiu. Może tym razem się uda być w tym trochę bardziej systematyczną.

A tymczasem uciekam do kuchni…gdyż właśnie szykuję się do innego wyzwania….mam silną potrzebę zmniejszenia się….i tu również mam nadzieję, że tym razem się uda… zaciśniecie kciuki??

Reklamy

Majówka tuż tuż… a Dzieci znów chore…

Zamulam… i to strasznie… w każdej materii… czy jestem w tym sama?

Błagam, niech mi ktoś powie, że ma tak samo… nie mogę się zmotywować do działania… planów, pomysłów mam miliony… ale co z tego, jak po nocach Dzieci się budzą, bo albo jedno kaszle, albo drugie ma temperaturę, potem rano jestem zombie, pół dnia dochodzę do siebie… a w tym czasie wszystkich trzeba ubrać i nakarmić, kuchnię ogarnąć, bo bez tego nie da rady nic do jedzenia uszykować… Do tego uciekam nagminnie w internet, a dokładniej gry… I tak nastaje wieczór… i znów: przebrać, nakarmić, uśpić… potem prasowanie przy serialu… i tak dzień mi przelatuje…

Dziś dla odmiany się wyspałam i od razu widzę różnice…szybciej wstałam, podstawowe czynności ogarnęłam… i chyba zaraz zabiorę się za swoją szafę… tzn przygotuję ją na lato 😉

A jutro zaczyna się majówka… miał być wyjazd, grille itp… Ale zostajemy w domu, gdyż Dzieciaki chore… ograniczymy się tylko do spacerów w ustronne miejsca… tak więc plany mam ambitne, żeby ogarnąć kilka zakątków w naszym mieszkanku…

A tymczasem przymierzam się do podjęcia pewnego fotograficznego wyzwania

Mam nadzieję, że mi się uda…bo bardzo lubię robić zdjęcia takie jak te:

DSC_0502

 

 

 

DSC_0505

Wiosenne przesilenie?

Weszłam na bloga…i aż się przeraziłam…. AŻ TYLE DNI NIC NIE NAPISAŁAM?!?!?!

To tylko potwierdza mój stan… dziś w DDTVN mówili, że to wiosenne przesilenie… może coś w tym jest?

Od dwóch tygodni MYŚLĘ co zrobię…za chwilę, po południu, jutro, w weekend, za tydzień… i na myśleniu się kończy niestety 😦

Pomimo ogromnych chęci nie mogę się zebrać, codziennie pół dnia marnuję na niczym… W weekend planuję małe zakupowe szaleństwo…a na przyszły tydzień zaplanowałam dokładne sprzątanie każdego pomieszczenia w naszym mieszkaniu, jedno dziennie… Chciałabym, żeby to były nie tyle świąteczne, co WIOSENNE porządki… Mam nadzieję, że mi się uda zrealizować ten plan.

Muszę przyznać, że miałam ostatnio niemały, choć wydawać by się mogło, że banalny problem z wyborem spacerówki dla Młodszego… spędziłam naprawdę WIELE godzin w necie oglądając, czytając opinie, recenzje, przekopując ogłoszenia… No i w końcu UDAŁO SIĘ 🙂 Kupiliśmy wózek używany, ale w stanie idealnym, spełniający niemal wszystkie moje mniejsze i większe wymagania… Wybór padł na spacerówkę Navington Cadet… Myślę, że niebawem napiszę swoją recenzję… bo naprawdę cenię sobie opinie pisane na wielu blogach i uważam, że to najlepsze źródło informacji na ten temat.

Ale, żeby nie było, że taka na maxa leniwa jestem, to muszę powiedzieć, że jest coś, co wyciąga mnie z domu, choćbym nie wiem jak zmęczona była… a jest to ZUMBA 🙂

Chodzę na zajęcia 3 x w tygodniu… chyba mogę już powiedzieć, że się uzależniłam… ale myślę, że to wyjątkowo fajny nałóg…

 

 

 

 

 

Czas na wiosenne przebudzenie…

Trochę mnie tu nie było… trochę się działo… miało być tak pięknie… a wyszło gorzej niż kiedykolwiek…

Mowa o… URLOPIE.

Co miało być?

Narty, relaks, szaleństwo, odprężenie, zabawy z Dzieciakami, miłe wieczory w gronie Rodziny i Przyjaciół, codziennie basen, spacery i pyszne jedzenie…

A co było?

Choroby!!!! Pierwsze miejsce – JELITÓWKA… koszmarna, przechodzona przez każdego inaczej, zakaźna przeokropnie, wykończyła znaczną większość uczestników wyjazdu; do tego Starsza gorączkowała 3 dni przed wyjazdem…i niestety nie przestała na początku naszego pobytu…do tego ja sama jechałam wyczerpana, walcząc z infekcją również dobre 3 dni przed podróżą… A żeby było jeszcze bardziej niefajnie okazało się, że jedzenie w sprawdzonym rok temu hotelu bardzo się pogorszyło, śniegu było rekordowo mało…a choroby dzieci skutecznie odbierały humor wszystkim powodując zgrzyty i nieporozumienia…

Pierwszy raz chyba wszyscy odetchnęli z ulgą w dniu wyjazdu do domu…

Ale ponieważ „…w życiu piękne są tylko chwile…” zdarzyło się mi spędzić ładnych parę godzin na stokach… w tym zaliczyłam jeden totalnie szalony BABSKI wypad na wieczorne jazdy… jeśli ktoś z Was był tydzień temu w Zieleńcu i słyszał o trzech Zwariowanych Mamuśkach pędzących po stoku w pewien wieczór….to tak, to byłam tam i JA 😉

Starsza pierwszy raz stanęła na nartach, a w ostatnie popołudnie poszliśmy jedyny raz całą Rodzinką na basen… więc było kilka radosnych momentów… a i konflikty zostały zażegnane…

Lekcja na przyszłość jest jedna – nigdy więcej nie pojedziemy chorzy na urlop…a i ważna zasada na przyszłość – wybierając hotel dobrze przeczytajcie warunki rezygnacji z rezerwacji… bo nasze były wyjątkowo niekorzystne, co było głównym czynnikiem, dla którego – pomimo nieciekawego samopoczucia – postanowiliśmy pojechać…

A co po powrocie…cóż…dalej choroby… Starsza zakończyła tydzień wizytą u laryngologa i diagnozą: zapalenie ucha…cóż… wierzę, że idzie wiosna i zacznie się mniej chorobowy czas…

A tymczasem wracam do prasowania… od powrotu nasza pralka chodziła już DWANAŚCIE razy… a jeszcze stroje narciarskie czekają w koszach… więc żelazko jest ostatnio moim najlepszym przyjacielem 😉

No i od jutra powracam do aktywności… w kuchni, porządkowaniu domu (i życia) oraz robieniu zdjęć…bo podczas urlopu miałam koszmarnego foto-lenia….a szkoda… bo bardzo chciałam potrenować…

 

 

 

Największym wrogiem aktywności jest choroba…

…i niestety właśnie z nią walczę…

Mam do napisania zaległy post o sobotniej niespodziance dla M… ale niestety kompletnie nie mam sił… do tego jutro planowo mamy wyjechać na urlop, a tymczasem ja ledwo żyję. Siedzę dziś sama z Dzieciakami bo M wyjechał służbowo… i nawet nie mam sił pojechać po swoje ulubione pączki… na szczęście Babcia była tak kochana, że poszła i kupiła w najbliższym sklepie… Tak więc zaraz będę się wskrzeszać pyszną kawą i pączkiem 🙂 DSC_0849

A Wy? Jedliście już dziś pączki?

 

Warto mieć marzenia…

…i je spełniać!
Dziś spełniło się moje największe muzyczne marzenie… Byliśmy na koncercie Depeche Mode… udało się zostawić Dzieciaki i wybrać się w podróż do Łodzi… Właśnie wracamy… było fantastycznie… dawno nie czułam się tak odprężona i pozytywnie naładowana jak dziś… Polecam…

image

Szpital dla zabawek…

Mam ręce pełne roboty… jutro wydaję urodzinowy obiad dla Męża… będą Goście… więc musi być czysto…i ładnie…i SMACZNIE… więc się bardzo staram …

A w międzyczasie, jako że Starsza się niespodziewanie rozchorowała, pobawiłam się dziś w dr Dosię (Znacie „Szpital dla pluszaków” ?). Wprawdzie nie przemówiły do mnie, ale dzięki niezawodnym klejom, kilka zabawek zostało uratowanych…

A Starsza uszczęśliwiona… czasem trzeba się poświęcić 😉

Dr Dosia

Jutro trzymajcie za mnie kciuki… bo będą premierowe dania na obiad… i nie tylko… będzie relacja, jak tylko znajdę chwilkę 😉